6 sierpnia 2013

Upały - jak żyć?

Cześć,
zacznę od tego, że nie przesadzam - lubię, jak jest ciepło, ale bez przesady! Temperatura ponad 30*C nie sprzyja uprawianiu sportu, kilka dni temu ukazał się artykuł na stronie Runner's World o ciekawym eksperymencie: Bieganie w upale (klik)

Oczywiście wszystko ma swoje dobre strony, oprócz opalania wysokie temperatury sprzyjają zdrowemu odżywaniu - pijemy dużo wody, jemy lekkie posiłki, więcej warzyw i owoców. Po pierwsze - jest sezon na smakołyki prosto z grządki, a po drugie komu by się chciało jeść ociekającego tłuszczem schabowego z ziemniakami, gdy sam się człowiek wytapia? ;-)

Obiecałam napisać o swoim odżywianiu, a nie jest to temat dla mnie prosty, choć jak się okazuje - wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. 
Kolorowe slogany krzyczące z bilbordów i zdjęcia pięknych ciał w sieci z motywującymi hasłami na pierwszy rzut oka mogą wydawać się kiczowate (bądź przerobione w fotoszopie) i nie ukrywajmy - często tak jest. Jednak zawierają one w sobie dużo prawdy, najważniejszym przykazaniem jest wytrwałość i systematyczność. Przetestowałam na własnej skórze, a nigdy wcześniej w swoim krótkim życiu nie było momentu, w którym choć przez chwilę lubiłabym jakąkolwiek aktywność fizyczną.

Czasami musi nadejść odpowiedni moment na zmianę w naszym życiu, jak się okazuje nawet odchudzanie (niby tak banalne) musi trafić na dobry moment, żeby doszło do skutku. Przez swoje zaniedbanie po ciąży, obżarstwo oraz lenistwo (w głównej mierze i nie ma innych wymówek) stałam się ociekającą tłuszczem kulką, nie wspominam nawet o aspektach psychicznych, bo był moment, że nie wiedziałam co to znaczy pewność siebie.

Zaczęłam odnosić małe sukcesy w związku z moim wyglądem w momencie, gdy przestałam nazywać ten proces ODCHUDZANIEM (ble!) a zaczęłam zdrowym trybem życia, włączając w to zdrowe jedzenie i sport. Byłam wyrozumiała dla siebie i dla swojego organizmu dzięki temu, że znałam jego możliwości, tak więc odrzuciłam próbowane wcześniej przeze mnie diety (Dukan, South Beach) i nie brałam nawet pod uwagę żadnej innej. Najprościej w świecie ustaliłam kilka mniejszych posiłków, białe pieczywo, ziemniaki, ryż i makaron zamieniłam na pełnoziarniste odpowiedniki, oczywiście wszystko z umiarem, ale nie wyobrażam już sobie dnia bez kanapek na świeżym, żytnim chlebie.
Zwiększyłam ilość spożywanych warzyw ( i nadal się staram, bo to dla mnie najtrudniejsze), nabiału (niekoniecznie 0%), wprowadziłam do menu zieloną herbatę, a ograniczyłam kawę.
Nie jem po godzinie 18, co wpłynęło też na przestanie picia alkoholu (bo na pusty żołądek... to zły pomysł ;-)).  Jeszcze ostatnia, co nie znaczy, że mniej ważna zasada - piję dwa litry wody dziennie minimum!
Jak widać - nic nowego nie odkryłam, a okazało się to dużo bardziej skuteczne niż kombinowanie i płacenie za diety.

Jestem dziś na ósmym dniu A6W i chyba przechodzę swój pierwszy "kryzys", gdyż jak o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że inne ćwiczenia też mi dadzą efekty. To jest ten moment, gdzie powinniśmy sobie obiecać, że będziemy kontynuować ćwiczenia chociaż do zobaczenia pierwszych efektów. Jak już będą efekty to kto będzie chciał rezygnować z ćwiczeń? ;-)

Nawet Lidl w tym tygodniu wyszedł nam na przeciw z Tygodniem Fitness. Można znaleźć kilka ciekawych propozycji, jednak lepszą ofertą wydaje mi się promocja na owoce -20%.
Osobiście nie mogę się doczekać przyszłego poniedziałku, gdzie w ofercie znajdziemy modę sportową w naprawdę niskich cenach i dobrej jakości KLIK. Polecam, bo znam tę markę i sama zaopatrzę się w kolejne dresy Z LIDLA (nie wszystko musi mieć najkę ;-))

Pozdrawiam!

1 komentarz:

  1. Chociaż post z tamtego roku, to jak najbardziej jest teraz aktualny i warto go przeczytać. Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń